Ciąg dalszy wakacyjnej przygody

Miejsce

Pruszków

Termin

8-12 lipca 2013

Organizator

Kontakt

fundacja@totoanimo.org

Poniedziałek 08.07.2013
 
Rozpoczęliśmy poniedziałek. Konrad pochyla się nad kanapką z żółtym serem jak nad skomplikowaną mapą. Dotyka kromki palcem wskazującym i serdecznym w dwóch miejscach jakby otwartym cyrklem chciał wytyczyć kolejne „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. Obrany kurs jest słuszny.
Zbliżamy się do głębokości peryskopowej. Błażej nacisnął czerwony guziczek. Tym razem nie ten od alarmu przeciwpożarowego. Ufff…
Peryskop poszedł w górę. Kręcimy nim we wszystkie strony i jak okiem sięgnąć piątek zniknął z pola widzenia. Po prostu nie ma go. Radary przesiewają wiele mil bez sygnałów dźwiękowych i pulsujących punkcików. Piątek odpłynął na nieznane wody. Jest to jednak wersja mniej optymistyczna, ponieważ jeszcze w tym tygodniu może zmienić kurs i pojawić się na horyzoncie z podniesioną złowieszczo banderą. W każdy razie jak tylko pokaże się na horyzoncie razem z terapeutami nabijemy go w butelkę po wodzie mineralnej i mocno zakręcimy, a segregując śmieci wyrzucimy do pojemnika z plastikami.
Pełne wynurzenie.
 
Poniedziałek nauczył nas, że od każdego dna można się odbić, a po każdym osłabieniu przychodzą nowe siły do zagospodarowania. 
To tyle...jeśli chodzi o początek tygodnia, który spędziliśmy zmagając się w sportowych rywalizacjach na obiekcie „Znicz”.
 
Wtorek 09.07.2013
 
Już od rana powietrze jest naelektryzowane i czujemy, że coś się wydarzy. Coś innego, coś co można porównać z męską przygodą. Nerwowo rozkładamy talerze, przygotowujemy stół do posiłku, otwieramy plecaki i idziemy myć ręce.
Piotr pojawił się w drzwiach nagle z dwulitrowym czajnikiem pełnym wody. Wszedł do sali sprężystym krokiem , precyzyjnie ustawił go na podstawce i włączył. Przez chwilę stał wyprostowany, nagle nieoczekiwanie zaczął zginać rękę w łokciu rytmicznie poruszając przedramieniem w górę i w dół. Sprawiał wrażenie osoby w mundurze zawiadowcy stacji kolejowej, postawionej na peronie w jakimś równoległym świecie przed właśnie  nadjeżdżającym pociągiem.
Czyżby... chciał nam przez to coś powiedzieć? 
Po śniadaniu szybko pakujemy butelki wody do plecaków i idziemy na stację kolejki WKD Pruszków, a stamtąd „wukadką” do Otrębus i dalej na piechotę w kierunku Muzeum Motoryzacji i Starych Samochodów.
 
Dotarliśmy do muzeum. Pan przewodnik opowiada o każdym stojącym w szeregu aucie. Opowiada z encyklopedyczną wiedzą, jakby encyklopedyczna wiedza stała obok niego ubrana w garsonkę z czasów dwudziestolecia międzywojennego i wprost szeptała do ucha, co i jak ma powiedzieć. Nie do wszystkich samochodów można było wsiadać, pozostało nam tylko przyglądać się maskom rozdzielczym i charakterystycznym, dużym kierownicom. 
Niektóre auta przyciągały do siebie jaskrawymi kolorami jak różowe kwiaty przyciągają pszczoły. Sprawiały wrażenie powlekanych malinowym lukrem, aż ślinka leciała na sam widok. Cadillaki! W Stanach Zjednoczonych rozchodziły się jak zarumienione pierogi z grzybami podane na urodziny, choć oczywiście nie wszystkich na taki luksus było stać. Sam wielki Elvis rozdawał te cacka swoim przyjaciołom przy różnych okazjach. 
Jeżeli Elvis Presley jeszcze śpiewa, to...czy nie mógłby zostać przyjacielem Fundacji Toto Animo...?
Na terenie Muzeum Motoryzacji zorganizowano dla nas ognisko z kiełbaskami i na otarcie łez dostaliśmy kolorowanki do zamalowania.
 
Środa 10.07.2013
 
Adrian pojękując pod nosem skończył właśnie zamiatać podłogę, gdy w drzwiach pojawiła się nasza nowa terapeutka – Pani Asia. Ubrana była w lekko wytarte spodnie rozszerzane ku dołowi i flanelową koszulę, a jej włosy związane do tyłu i spięte w kok odsłaniały uśmiechniętą, pogodną twarz. Adrian wyprostował się i podciągnął do góry opadające spodnie. Następnie na miejsce, które znajdowało się za wieszakiem odłożył dużą miotłę i szufelkę. Rozejrzał się po pomieszczeniu jakby chciał sprawdzić efekty swojej pracy, po czym udał się zamaszystym krokiem w stronę okna i usiadł na materacu wdając się po raz kolejny w echolalia sprzed dwóch lub trzech tygodni.
Skąd jednak mógł przypuszczać, że to początek pracowitego dnia pełnego wrażeń, jak otwarte pudełko maślanych ciasteczek do porannej herbaty z pokrzywą, którą codziennie popija Piotr ze względu na powtarzające się problemy z nerkami.
 Wracamy z pływalni okrążając BGŻ Arena z lewej strony. Idziemy powoli uważając na pojawiające się skądinąd samochody. Duży Kuba ma w zwyczaju wyprzedzać nas, przy tym kłapie sandałami o wybrukowaną szarą kostką drogę, jakby dudniąc pojedynczymi werblami zapowiadał przybycie wyjątkowych gości. 
Wchodzimy do sali 032, a tu...Pani Asia z przekonującym uśmiechem zaprasza zmęczonych rekreacją chłopców do zajęcia miejsc przy stole. Adrian usiadł na krzesełku i przysunął się bliżej krawędzi. Sprawia wrażenie osoby, zresztą jak my wszyscy, która nie wie na co się zanosi. Natomiast wiemy dokładnie, co jest grane, ponieważ Piotr zdążył włączyć radio, co czyni zawsze wykorzystując małe zamieszanie.
Na stole pojawiła się wielka, wielgachna bryła masy solnej. Każda mama posiada w kuchni wszystkie materiały do zrobienia w ciągu 15 minut całej miski masy solnej. Potrzebna jest mąka, sól i woda. Po chwili powstaje wdzięczny materiał, który łatwo poddaje się formowaniu.
Rwaliśmy masę solną na małe kawałki, mniejsze, najmniejsze, maciupkie. Nasze dłonie otwierały się i zamykały pokonując opór materiału, który po dodaniu farby plakatowej przyjmował pastelowe odcienie. Z połączonych kolorowych wałeczków powstał napis: „Toto Animo”, kolorowe buzie, liście, ślimaczki, kwadraty, trójkąty, itp. 
Terapia ręki trwała do obiadu, później zajęcia sportowe.
 
 
Czwartek 11.07.2013
 
Kino, to miejsce w którym przeżywasz emocje nie ruszając się zbytnio, a im więcej emocji tym mniej prażonej kukurydzy pod opuszkami palców.
 
Po obfitym śniadaniu i krzepiącej herbacie wychodzimy na korytarz. Ustawiamy się w szeregu i bez szczególnego żalu przyglądamy się jak zostają zamknięte drzwi, a dźwięk przekręcanego kluczyka wróży kilka następnych godzin poza obiektem BGŻ Arena. 
Mamy dwie pary okularów przeciwsłonecznych, kilka czapek z daszkiem, butelki wody mineralnej w plecakach, kanapki...a do Dworca Warszawa Śródmieście jakieś 25 kilometrów.
Na dworcu w Śródmieściu poruszamy się zwartą grupą, z ręką na ramieniu kolegi, aby zachować kontakt. Zostać w tyle oznacza zgubić się.
 
Ludzie poruszają się wzdłuż, w poprzek, po liniach prostych, falistych, krzywych, po przekątnej również i w różnym tempie.
Osoby, które poruszają się szybko, pewnie szukają czegoś lub maja do załatwienia ważne sprawy. Osoby, które poruszają się wolno znalazły już lub załatwiły ważne sprawy.
 
Pałac Kultury i Nauki, relikt dawnej epoki i I-szych Sekretarzy KC PZPR otworzył przed nami ciężkie, masywne drzwi. Znaleźliśmy się w środku chłodnego pomieszczenia zbudowanego na planie koła. Nie ma tu okien, więc promienie słońca nie dochodzą, jest cieniście. Idziemy po dywanowej wykładzinie i docieramy do schodów, które prowadzą nas na piętro.
 
Sala kinowa, to miejsce magiczne i nie sposób porównać tego miejsca z żadnym innym. Siedzimy w wyprofilowanych fotelach, jest pewne oczekiwanie i napięcie. Czekamy........................................................................
 
Amerykańską kreskówkę, którą oglądaliśmy, również nie sposób porównać z żadnym innym obrazem wyświetlanym na białym ekranie od 1906 roku, kiedy to wyprodukowano pierwszy na świecie film animowany. Fabuła pierwszego filmu animowanego w porównaniu z tym, co oglądaliśmy, to dzieło do którego chętnie wrócimy na czworakach, byle nie wracać pamięcią do tej zmontowanej chały, która jako jedyna posiada licencję na nudę.
 
Uciekamy w podskokach z Pałacu Kultury i Nauki i próbujemy wrócić do siebie w dosłownym tego słowa znaczeniu.
 
Piątek 12.07. 2013
 
Papirus jak wiadomo, to roślina porastająca niegdyś deltę Nilu. Delta to rozgałęzione  miejsce w którym rzeka spotyka się z morzem, po prostu wpada do morza. Papirus potrafi sięgać „śmigłami helikoptera”   3 metrów wysokości. Na terenie Polski roślina ta nigdy nie rosła, natomiast nad brzegami jezior, rzek, stawów możemy wciąż spotkać majestatycznie unoszące się pałki wodne lub tataraki, których ledwie różowy korzeń wydziela przyjemną woń, a...nie sposób porównać jej z żadnym innym zapachem.
W starożytnym Egipcie z papirusa po raz pierwszy wyprodukowano coś, co przypominało wyglądem papier, ale w naszym wyobrażeniu czystych białych kartek formatu A4 używanych do ksero, papierem nie było. Na papirusie pisano specjalnym piórem, zamoczonym w specjalnym atramencie.  
Do produkcji materiału piśmienniczego używano łodygi tej rośliny i był to proces niezbyt skomplikowany, ale rozłożony w czasie jak rozkład materiału w dziennikach naszych wychowawców. Do produkcji „papieru z papirusa wykorzystywano również klej wykonany z mąki, wody i octu. Całość wygładzano do połysku muszlą lub kością słoniową.
Około VII w. przed nasza erą papirus dotarł do Grecji, w III w. przed naszą do w Rzymie, natomiast w piątek 12 lipca 2013 roku pierwsze kartki papirusu pojawiły się w Pruszkowie na teranie BGŻ Arena w sali nr 032, a my należeliśmy do ścisłego grona uprzywilejowanych osób, na których oczach tworzyła się historia.
A...zaczęło się przed śniadaniem. Siedzieliśmy spokojnie, jakby nigdy nic, na swoich miejscach przy stole. Pani Asia pośpiesznie rozdała nam białe kartki formatu A4. Po wydaniu krótkiego polecenia zaczęliśmy ugniatać papier  w dłoniach do wielkości małych kulek. Powtarzaliśmy tę czynność z jedną kartką kilkakrotnie.
Kiedy robiliśmy kulki z papieru, Pan Artur , pewnie ze zwykłej ludzkiej uprzejmości zaproponował Pani Joannie kawę, a „dobra kawa, nigdy nie jest zła”
„Zrobić ci kawę?....ile łyżeczek ?..........................................słodzisz?
 
Pan Artur stał nieruchomo jak żołnierz, który z powodu nieuwagi wszedł na pole minowe i szeroko otwarta buzią przyglądał się jak terapeutka wlewa cały kubek aromatycznej kawy do kuwety znajdującej się pod suszarką.
 
O tej porze, jeszcze przed śniadaniem kubek kawy to jak ostatnia butelka rumu na statku, który stracił wszystkie maszty i teraz dryfuje tam, gdzie nawet nie dochodzi syreni śpiew, a rekiny zawracają spłoszone... na koniec świata…
 
...więc, dlaczego to zrobiła?
 
„Zrobiłem.............................................za słabą?” – wymamrotał.
„Może być, ale następnym razem przydałaby się nieco mocniejsza” – odpowiedziała z pewnością konesera w głosie Pani Joanna. Wstała, zajęła miejsce przy stole i zjadła śniadanie.
 
Papier po rozwinięciu z kulki wyglądał jak niemalowane od lat drzwi wiejskiej biblioteki na których wiatr i słońce zrobiły swoje, także drzwi przypominają wyglądem pomarszczoną w maleńkie figury geometryczne twarz starego Indianina i jak się przyjrzeć z zapisaną historią całego plemienia od pierwszego wigwamu do ostatniego wieżowca w południowej Dakocie.
 
Proces tworzenia pergaminu w sali nr 032 jeszcze się nie skończył. Teraz następuje druga faza. Nie posiadamy niestety pięknych, płaskich muszli z nad morza śródziemnego, czy kawałków kości słoniowej, aby wygładzić nasze kartki. Robimy to rękami, pieczołowicie, ostrożnie, ponieważ niekontrolowany przez mózg ruch połączony z brakiem uwagi i zbyt mocnym naciskiem może spowodować przerwanie papieru.
Piotr wziął swoją kartkę i ostrożnie zanurzył w kuwecie wypełnionej  kawą. Następnie wyciągnął trzymając za dwa górne rogi, zgodnie ze wskazówkami Pani Joanny.
 
W całym pomieszczeniu zaczął unosić się zapach kolumbijskiej kawy, która wciąż skapywała maleńkimi kropelkami z pergaminowego papieru przypiętego spinaczami do poręczy suszarki...........
 
Autor: Artur Sikorski - terapeuta

Partnerzy / sponsorzy