Ostatni tydzień półkolonii

Miejsce

Otrębusy

Termin

25.07.2011-29.07.2011

Organizator

Fundacja Toto Animo

Kontakt

fundacja@totoanimo.org

25 VII 2011 poniedziałek

 

Trzeba było skończyć prace plastyczne, polegało to wyłącznie na zabiegach kosmetycznych. Prace powstały na piankowych pojemnikach, w których dostajemy drugie danie. Polegały na zrobieniu kompozycji farby, kleju CR i tego co przynieśliśmy z lasu, a więc: liści, gałązek, owoców jarzębiny i zerwanych innych roślin.

Potem wysmarowani od stóp do głów środkiem od komarów i kleszczy poszliśmy nieznanymi dotąd drogami w las. Okazało się, że za „Matecznikiem Mazowsza” są wspaniałe, szerokie drogi leśne, po których można iść i iść... Widzieliśmy ogromne drzewa, a niektóre z nich porośnięte mchem wyglądały na bardzo stare. Widoki były przepiękne jakbyśmy znaleźli się w baśni. Intensywna zieleń  żyła, oddychała i poruszała się.

Po dłuższym marszu terapeuci stwierdzili, że ten który wymyślił  preparat przeciw komarom powinien dostać Nobla. Komary są wszędzie, wystarczy zatrzymać się a pojawią się wokół głów, ale odlatują. Środek naszego kolegi Piotra jest rewelacyjny.

Obiad smakował jak zwykle, pierwsze i drugie danie. Do godziny 16.00 gry i zabawy na boisku. Konrad i Paweł woleli zostać z panią Mają i pomalować farbami.

 

26 VII 2011 wtorek

 

            Dzień biblioteki. Idziemy. Paweł przyniósł ze sobą plastikowe krzesełko, które chce zanieść do biblioteki, niech tam zostanie, bo poprzednie pękło, a dlaczego pękło? To już inna historia. Pan Artur trzyma torbę pełną lektur szkolnych, z których mamy nadzieje będą korzystały dzieci i młodzież. Niesiemy również prezent, wybraną pracę plastyczną. Chcemy ją wręczyć Paniom Bibliotekarkom, żeby pamiętały o nas.

            Na Tarsie biblioteki jak zwykle jest spokojnie i słonecznie. Prawdziwe wakacje. Na stole w „pokoju z obrazami” czekają na nas słodkie ciasteczka i woda mineralna. 

Słuchamy legendy, która wyjaśnia, dlaczego to Bałtyk jest słony. Chodzi o pewien młynek, który wciąż się kręci na dnie morza i wysypuje z siebie sól. Trudno nam skupić uwagę. Terapeuci pomagają rysować.

Wróciliśmy na obiad, a po nim mycie zębów i sprzątanie, a potem czas wolny. Chwila dla siebie.

Po czasie wolnym znów wybraliśmy się do lasu. Wciąż korzystamy z preparatu Piotra przeciw komarom, więc mamy spokój. Las odkrywa przed nami kolejne ścieżki, zakątki. Robimy dużo zdjęć, humory nam dopisują, gdy musimy omijać kałuże wody, które zostały jeszcze po obfitych deszczach.

 

 27 VII 2011 środa

            Czy kiedyś przestanie padać? A właściwie może padać, ale nie dzisiaj! Kałuże w zagłębieniach chodników i ulicach przypominają stawy, w których niedługo pojawią się traszki i małe rybki. Pada. Nasze wyjście do stadniny koni zaplanowane od tygodnia stoi pod parasolem jak pod wielkim znakiem zapytania. To nie miało być takie tam zwykłe wyjście, spacer, czy karmienie kucyków. Na miejscu czeka na nas kapitalnie przygotowany program: ognisko, wspólne pieczenie kiełbasek z naszymi mamami i terapeutami, przejażdżka bryczką po lesie i wreszcie jazda w siodle pod bacznym okiem hipoterapeutki i obiad na terenie stadniny.

I co? Tak po prostu zostawić to!?

            Śniadanie zjedliśmy na miejscu. Mama naszego kolegi Pawła po drodze do szkoły kupiła dużo słodkich bułeczek, więc pomimo deszczowych chmur na niebie dopisywały nam humory. Cukiernia mieści się przy stacji WKD i trudno jej nie zauważyć. Tu w Otrębusach mają dobre słodkie bułeczki.

            Ubieramy się w kurtki przeciwdeszczowe, zakładamy kalosze, otwieramy parasole i idziemy. Deszcz jakby ustąpił, a na jego miejsce pojawiła się mżawka, ale gdy dotarliśmy do stadniny koni „Pa Ta Taj” przestało padać. Opatrzność nam sprzyjała.

            Piekliśmy więc kiełbaski, rozmawialiśmy o tym i owym, kto miał dobre obuwie spacerował po mokrej trawie.

            Trzydzieści minut przejażdżki po lesie to niesamowite wrażenia. Gałęzie drzew wchodziły do środka bryczki - mokra świeża zieleń. Jeszcze jazda na koniku, niestety dla niektórych w deszczu, który zaczął intensywnie padać i obiad: zupa ogórkowa i pyzy.

            W ciągu jednego dnia pomimo nieciekawej pogody dużo się wydarzyło, dużo ciekawych rzeczy, dużo nowych doświadczeń. Była w tym beztroska przygoda, na którą w ciągu roku szkolnego brakuje po prostu czasu.

      

28 VII 2011 czwartek

 

            Przed 9.00 wszyscy przyjechali na miejsce. W sali klasowej pojawił się ruch, nowe dźwięki, przestrzeń została wypełniona osobami. Ktoś wyszedł, ktoś wszedł, zapachniało świeżo parzoną herbatą, potem pojawił się zapach kawy. Kolejny dzień w Otrębusach.

            Dzisiejsze zajęcia integracyjne (na przywitanie), które wymyślili terapeuci, głęboko zapadły nam w pamięć. Leżeliśmy na materacach jeden obok drugiego. Nad nami przy dźwiękach przypominających szum wody pojawiła się wielka folia malarska. Folia unosiła się i opadała jak ogromny ocean.

Tylko dla odważnych. Sala gimnastyczna jest duża. Jeden z nas zatrzymał się w miejscu, które mu odpowiadało. Reszta trzymała folię malarską, która rozpostarła się na całą swą szerokość i zaczęła przypominać czaszę spadochronu. Jednak z daleka wyglądała jak nieokiełznany i nieprzewidywalny żywioł, nad którym ludzie nie mają kontroli.

Jeden z nas siedział w miejscu, które mu odpowiadało i czekał aż zostanie przykryty przez nadciągającą nawałnicę. Przeżyć to i zachować się jak mężczyzna, nauczyć się panować nad emocjami - to był nasz cel. Gratulacji nie było końca. Nie wszyscy jednak podeszli do tego poważnie. Więcej było śmiechu, niż strachu. Ale czuliśmy, że jest to coś nowego, ciekawego.

28 lipca w Otrębusach  to dzień masy solnej. Masę solną robi się z mąki, soli i wody. Cokolwiek zrobimy z niej zaschnie i stwardnieje. Potem można pomalować farbami. Pracowaliśmy bardzo długo. To wciągające zajęcie. Terapeuci pomagali nam realizować pomysły, podpowiadali, wspomagali fizycznie i zachętami słownymi dawali dużo entuzjazmu i pewności siebie.

Niestety Klapa. Pan Artur o mało nie spalił się ze wstydu, a może złości na samego siebie. Dodał za dużo mąki i prace nie stwardniały, ale... w sumie liczy się wysiłek jaki w to włożyliśmy.

Cały dzień pracy i wszystko...

 

29 VII 2011 Piątek

 Ostatni dzień naszego pobytu na półkoloniach w szkole. W szkole położonej w ciekawym miejscu, gdzie gdy wyjdziesz od razu wita cię ściana lasu z widocznymi ścieżkami. Ścieżki zachęcają, aby wejść do zupełnie innego świata.

Piątek przed południem, to porządki. Chcemy oddać salę klasową posprzątaną. Nasze rzeczy segregujemy, układamy.

Obiad o godzinie 13.00 zjemy poza szkołą. Zostaliśmy zaproszeni przez jednego z naszych  Sponsorów do pałacyku w Otrębusach. Jest z nami pani Magda, prezes Fundacji Toto Animo. Droga do Pałacyku nie była prosta, kluczyła między uliczkami i domami. Było słonecznie, ale z tyłu nadciągały chmury, które wróżyły załamanie pogody.

Pałacyk. Miejsce jakby nie z tego świata. Wykwintny stół, na talerzach serwety, które rozkłada się na kolanach, obok lampki do wina. Napełnialiśmy je sokiem pomarańczowym i coca-colą. Było pierwsze danie i drugie oraz deser. Kelnerzy ubrani jak na filmach przynosili nam posiłki i zabierali puste talerze.

Ostatni dzień, ostatni obiad w wyjątkowym miejscu, w którym poczuliśmy się wyjątkowymi ludźmi.

Takie zostaną półkolonie w Otrębusach w naszej pamięci.

Dziękujemy wszystkim, którzy otworzyli przed nami drzwi do ciekawych miejsc i do serc.

Mamy w szkole religię. Pomodlimy się za Was.

Pozdrawiamy.

Partnerzy / sponsorzy

PROJEKT FINANSOWANY ZE ŚRODKÓW PRZEKAZANYCH PRZEZ:

Miasto Ogród Milanówek     Miasto Ogród Milanówek

 

      Miasto Pruszków

 

Miasto Brwinów     Miasto Brwinów

 

Pruszków

 

FRB Cegiełka, Warszawa