"Rytrospekcja"

Miejsce

Ryto

Termin

zima 2014

Organizator

Fundacja Toto Animo

Kontakt

fundacja@totoanimo.org

Dzień I

           Każdy dzień jest dobrym dniem na rozpoczęcie czegoś nowego. Szczególnie, gdy trzeba się obudzić o 5.00 nad ranem, spakować do plecaka ostatnie rzeczy i biec po klatce schodami w dół ku kolejnej przygodzie. Oby nie skończyła się ona dla nas tak jak Dzień Świętego Walentego 1900 roku dla grupy uczennic szkoły dla panien z Appleyard, biorącej udział w pikniku przy „Wiszącej Skale”lokalnej atrakcji turystycznej w pobliżu góry Macedon w stanie Victoria (południowowschodnia Australia).

            Dziewczęta z powodu przyczyn niezależnych po prostu... zniknęły. Sprawa jest wciąż nie rozwiązana.

A... gdyby tak zniknąć, przenieść się do innego miejsca i tam, w tym innym miejscu spędzić ferie, jak dzieci i młodzież bez autyzmu - zmierzyć rozstanie i tęsknotę za rodzicami specjalną linijką, którą wcześniej czy później odnajdzie się pomiędzy uprasowaną koszulką, skarpetkami, pustym pudełkiem po zjedzonych kanapkach, a saszetką z przyborami do toalety i lekarstwami...?

 

            Są dwie dobre wiadomości.

            Pierwsza dobra wiadomość: do Rytra jedziemy busem,

            Druga dobra wiadomość: że, do Rytra jedziemy busem.

 

            Pan Maciej - terapeuta – rozmawiał, uśmiechał się do bocznych lusterek, pogłaskał przedni zderzak, oglądał ze wszystkich stron, jakby nie mógł uwierzyć, że auto stoi na wybrukowanym kostką placu.

            Usiedliśmy w twardych, wyprofilowanych fotelach. Wnętrze sprawiało wrażenie zadbanego. Wywoskowany kokpit i wyprana tapicerka oddychały czystym tlenem. Niektóre okna zasłonięte były do połowy zasłonkami, niektóre zostawiały zimny dotyk na policzku i nosie.

            Busy pachną pożegnaniem.

            Jednak nie wszystkie pachną codziennością.

            Nie wszystkie zabierają nas do szkoły.

 

            Auto ruszyło z miejsca w stronę najbliższej drogi. Za nami unosiły się kłęby sinej dali jakby kreślone palcem figlarne kółka, które znikały w przestrzeni pomiędzy nami siedzącymi w busie a rodzicami znikającymi nad ranem jak małe punkty dobrych gwiazd na niebie.

 

            Podróż z przystankiem na stacji benzynowej, śniadaniem i ciepłą herbatą trwała ok. 7 godzin.

 

            Rytro, to miejscowość położona w południowo – wschodniej części Polski w Beskidzie Sądeckim nad modrym Popradem. Swoje powstanie i nazwę zawdzięcza zamkowi usytuowanemu na Górze Zamkowej, którego ruiny wyglądają spoza porastających szczyt drzew. Według tradycji około 1244 roku osiedlić się tu mieli niemieccy rycerze. Stąd etymologia nazwy Rytro wywodzona od niemieckiego słowa „Ritter”, czyli „rycerz”.

            Zajechaliśmy pod znajomy dom. Dom, który Paweł i pan Artur pamiętają z poprzednich lat. Pani Gospodyni przywitała nas słonecznie i choć to jeszcze nie wiosna – pora wyglądać bocianów. Nasi terapeuci pomogli wnieść po schodach bagaże na górę, gdzie rozlokowano nas zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.

            Gdy obiad podany jest z uśmiechem, głodnym od stołu nikt nie odejdzie. Ziemniaczki, suróweczka z czerwonej kapusty, bitka wieprzowa, kompot, a na deser - domowej roboty bułeczki z kruchego ciasta z jabłkiem w środku. Można chcieć więcej?

            Do kolacji odpoczywaliśmy w swoich pokojach, ale nie do końca, ponieważ trzeba było rozpakować walizki, zagospodarować się. Warunki doskonałe, aby budzić się rano i zasypiać wieczorem w tym miejscu. W międzyczasie pan Artur i pan Mateusz poszli do pobliskiego sklepu po zakupy na pierwszą kolację, pierwszy posiłek wspólnie przygotowywany.

            Najważniejsze informacje dotyczące planu następnego dnia zostały przyjęte jednogłośnie. Lodówka, tak jak poprzednim razem, stała się tablicą ogłoszeń, czyli miejscem na które często zerkamy, ale oczywiście nie tylko z powodu pojawiających nowych wiadomości.

            Kolacja smakowała, ale jednak była to kolacja poza domem rodzinnym, do którego zapewne kilkoro z nas przeniósł zasłużony sen.

 

Dzień II

            Widok „uczesanych” gór porośniętych drzewami, na które nakładają się odcienie czerni, brązu, fioletu zapiera dech w piersiach i kręci się w głowie od nadmiaru świeżego powietrza.

            Zwiedzamy Rytro. Schodzimy w dół w stronę stacji PKP, aby za chwilę zobaczyć stojące na górze ruiny zamku. Na Górę Zamkową prowadzi droga przez most, na tym odcinku łączący dwa brzegi płynącego wartki nurtem Popradu. Źródła Popradu leżą po słowackiej części Tatr Wysokich. Na razie jednak sądujemy teren, a wycieczkę przekładamy na potem, jak jedną ze stron książki kucharskiej w rozdziale z deserami, do której warto wrócić.

            Akurat promienie słońca padły na białe framugi uchylonych okien szkoły i...słychać było śpiew dzieci.

            Jesteśmy w bajce...?

                                               Czy w jakimś innym świecie równoległym, gdzie jeszcze słychać śpiew dzieci przez otwarte okna szkoły, a życie jest proste, zwyczajne, zachwycające?

A... może znajdujemy się w dolinie Wielkiej Roztoki, gdzie rozgrywa się akcja napisanej przez Marię Kownacką książki pt.: „Rogaś z Doliny Roztoki” ?

            W książce Maria Kownacka opisała życie mieszkańców powojennego Rytra i przygody małego Koziołka – Rogasia, którego matkę – sarnę zagryzł ryś. Rogasiem zaopiekowała się rodzina Klusków. Pisarka ukazała w niej przepiękna przyrodę w różnych porach roku i zwyczaje związane z życiem ludzi w górach.

            Na wysokości Kościoła naszą drogę przecina Roztoczanka (Rytrzanka). Roztoczanka płynie przez Rytro na odcinku 2 km. Wchodzimy na mostek, by przyjrzeć się potokowi, jak omija porośnięte mchem kamienie nim zniknie gdzieś za kolejnym zakrętem. Słuchamy szumu wody przelewającej się w małych wodospadach, które są rozłożone na całej długości potoku i przypominają schodkowo ułożone półki.

            Po obiedzie pani Iza wyciągnęła z futerału gitarę. Zaczęła grać, zaczęła śpiewać. Paweł podnosił ramiona do góry i poruszał się w rytmie piosenek, Adi echolalicznie powtarzał słowa, a reszta śmiała się i klaskała.

            Koncert na „stół i gitarę”, bo siedzieliśmy i śpiewaliśmy w kuchni przy jednym stole.

 

Dzień III

 

            „...Wiadomo, wtedy wszystko było drewniane” – mówi pan Tomasz, strażak Ochotniczej Straży Pożarnej w Rytrze. Patrzymy na sztandar z 1938 roku, ufundowany przez społeczność Rytra w dowód wdzięczności za przeprowadzone akcje pożarowe ratujące życie ludzkie, zabudowania mieszkalne, gospodarcze. Pan Tomasz opowiada historię OSP, żywo gestykuluje, podnosi ręce i opuszcza, zastanawia się, wybiera z pamięci, to co ważne i ciekawe dla naszej grupy.

            Przyglądając się panu Tomaszowi i innym obecnym strażakom poznajemy coś, czego zazwyczaj nie dostrzegamy lub nie zauważamy u innych ludzi. Mianowicie, odczytujemy z twarzy i poznajemy dumę. Dumę wynikającą z poświęcenia się pewnej sprawie, szlachetnej sprawie, którą można streścić, jak życie strażaka

- w jednej sentencji:

 

                                   „Bogu na chwałę, ludziom na ratunek

                                   poświęcić życie, by inni mogli je mieć”;

 

- w jednej przysiędze: „Swe powołanie pełnić chcę

                                      i wszystko z siebie dać.

                                      Sąsiadów i bliźnich w biedzie strzec

                                      i o ich mienie dbać”;

 

- w jednej modlitwie: „A jeśli taka wola Twoja

                                     bym życie dał w ofierze

                                     Ty bliskich mych w opiece miej

                                     o to Cię proszę szczerze”.

 

Dziękujemy Wam Panowie za tę lekcję.

            Dowiedzieliśmy się od pana Tomasza, że Straż Pożarna w Rytrze została utworzona w 1928 roku, a inspiratorem tych działań był hrabia Adam Stadnicki, właściciel dóbr ryterskich (lasów i tartaku). Hrabia udostępnił pomieszczenie w zabudowaniach tartacznych na podręczny sprzęt oraz wspierał finansowo i organizacyjnie powstanie sekcji ogniowej.

             Jeden z Druchów pokazuje nam list córki hrabiego Adama Stadnickiego mieszkającej poza granicami Polski. O tym dlaczego mieszka poza granicami Ojczyzny być może dowiemy się kiedyś na lekcjach historii. List zaadresowany do OSP w Rytrze jest oprawiony i należy do cennych pamiątek. Wynika z tego, że... wdzięczność i pamięć jest tutaj „żywa jak srebro” po obu stronach.

            Ze sztandarem wiąże się inna ciekawa historia...

            Druch Józef Szyszka przez cały okres okupacji niemieckiej przechowywał sztandar z obawy przed wywiezieniem bądź zniszczeniem w pszczelim ulu. Jeszcze wiele lat po wojnie, gdy otwierano szklane drzwi gabloty, unosił się w pomieszczeniu pomieszany zapach wosku, kitu pszczelego i miodu. Z okazji świąt kościelnych i świeckich strażacy otwierają gablotę i zabierają go na uroczystość. Sztandar reprezentuje wszystkich żyjących i nieżyjących Druchów OSP w Rytrze. Historia jest pamięcią.

            „...a ten po drugiej stronie, to komunistyczny, nie otwieramy i nie zabieramy go”. Chociaż tu, jest jeszcze jakaś sprawiedliwość.

 

            „W Straży Pożarnej nie ma takich...”Przechodzimy dalej, aby zobaczyć NIEBIESKI wóz marki mercedes wykorzystywany w akcjach wydobywania ludzi z rozbitych samochodów i nie tylko. Posiada specjalistyczny sprzęt do takich właśnie zadań, sprzęt – jak powiedział pan Tomasz – którego może pozazdrościć nawet Państwowa Straż Pożarna. Druchowie pokazują nam dosłownie każdy szczegół wyposażenia. Niebieski wóz OSP w Rytrze pełni również funkcję reprezentacyjną, co miało miejsce podczas jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski, gdy Papież zawitał do Nowego Sącza.

            Obok stoi wart 600 tysięcy złotych nowoczesny w pełni wyposażony czerwony wóz strażacki ze zbiornikiem na wodę, pompą ciśnieniową, wysuwanym peryskopem ze światłami. Strażacy podnoszą boczne zasuwy. Ile tych kolorowych węży, rur, skrytek, szafek! Jest piła motorowa, młoty, siekiery, wyposażenie medyczne i wiele innego sprzętu, który służy ratowaniu ludzkiego życia i dobytku.

            Korzystamy z niepowtarzalnej okazji, aby przebrać się w kombinezon strażacki, założyć hełm. Młodzi Druchowie otwierają przed nami wielka torbę z podstawowym sprzętem medycznym i odgrywają scenę ratowania poszkodowanego człowieka.

            Prawdziwi mężczyźni i niezła lekcja.

Dzień IV

            Idziemy w górę potoku racząc się każdym łykiem świeżego powietrza. Buty miarowo dotykają asfaltu, z prawej strony słyszymy kaskady małych wodospadów, co działa kojąco na układ nerwowy. Dziecko w łonie mamy słyszy podobny szum. Do leśniczówki pozostało jakieś 15 do 20 minut. Robimy postój. Pani Iza i Ola prowadzą z chłopakami zajęcia terapii integracji sensorycznej na huśtawkach i  równoważni zbitej z desek. Bawimy się z psem, który towarzyszył nam od połowy drogi. Pies potrafi aportować, więc rzucamy mu kijki, a on je przynosi z powrotem. Ruszamy dalej, przyglądamy się tutejszej zabudowie, mijamy wysokie iglaste drzewa...

            Jesteśmy na terenie Małej Roztoki, gdzie w uroczym miejscu znajduje się urocza leśniczówka, w której mieszka i pracuje pan Krzysztof – leśniczy i z zamiłowania fotograf.

Weszliśmy do sali ze stołami przy których stały równolegle ustawione foteliki. Pan Krzysztof włączył pokaz slajdów i zaczął opowiadać o faunie i florze Beskidu Sądeckiego. Oglądaliśmy zwierzęta, ptaki, płazy, rośliny występujące na tym terenie. Pan leśniczy dodawał do każdego zdjęcia historię i ciekawostki, które można i nie można przeczytać w książkach. Pan Krzysztof jest miłośnikiem przyrody, fotografuje ją. Zbliża się do niej na odległość jednego ujęcia, o czym mieliśmy okazję się przekonać. A zwierzęta... jak żywe! W naturalnym środowisku, w naturalnych kolorach – piękne.

            Przechodzimy do innego domku, by nagle znaleźć się w przyciemnionym pomieszczeniu. Stoimy pod „Wiszącą Skałą”, na której z głową zwróconą ku górze prezentuje się wilk, jak prawdziwy
........................................................................
                                                                            i zniknęliśmy...................

w wykrojonym wręcz kawałku dzikiej puszczy. Jesteśmy podekscytowani i zgodni co do jednego, że jest to dziwne miejsce i żaden pokój przystosowany do prowadzenia zajęć z terapii polisensorycznej nie może mu się równać. Przeżywamy tu coś pierwotnego, co było w nas od początku, coś co wychodzi z najgłębszych pokładów podświadomości. Przeżywamy coś przekazanego nam przez pamięć pokoleń. Oglądamy się, znajdują się tu również różne gatunki zwierząt, ptaków i drzew.

            Niewiarygodne miejsce.

 

Autor: Artur Sikorski - terapeuta

Zapraszamy również do obejrzenia zdjęć w dziele GALERIE.         

Partnerzy / sponsorzy

Akcja finansowana ze środków:

Miasto Pruszków

Gmina Milanówek

Gmina Brwinów

Gmina Nadarzyn

Gmina Grodzisk Mazowiecki

Fundacja Pramerica

Darowizny od osób prywatnych i opłaty od uczestników.

Dziękujemy za udział w wyjeździe wolontariuszcze Izie Rodak. Iza wspaniale grała na gitarze i śpiewała.