Wspomnienia z "Mickiewicza"

Miejsce

Piastów, LO im. A.Mickiewicza

Termin

1 lipca - 18 lipca 2014

Organizator

Fundacja Toto Animo

Kontakt

fundacja@totoanimo.org

01.07.2014

            Tym razem nasze wakacje z Fundacją Toto Animo spędzimy w Piastowie, którego historia powstania sięga XVI wieku. Na terenie dzisiejszego miasteczka istniały dwie pomniejsze miejscowości: Utrata i Żdżary. XVI wiekzłoty wiek dziejów Polski, wtedy nasza ojczyzna, obok Rosji i Turcji, należała do największych państw Europy. Z ciekawostek warto wiedzieć, że nazwa Piastów została wyłoniona przez mieszkańców na drodze konkursu w 1926 roku. Zwycięzcą okazał się 14-letni chłopiec Zygmunt Kosewski, później honorowy obywatel miasta.

            Liceum Ogólnokształcące im. A. Mickiewicza, w którym dzięki gościnności pani dyrektor Marii Konopki spędzimy pierwsze trzy tygodnie lipca, jest również z historycznego punktu widzenia ciekawym obiektem. I choć na taką nie wygląda, to najstarsza szkoła w mieście. Została założona tuż po II wojnie światowej przez nauczycieli prowadzących tu w czasue okupacji nauczanie na tajnych kompletach.

 

            W pierwszym dniu lipca 2014 roku, w dniu od którego zaczęła się cała ta historia, słońce świeciło na błękitnym niebie, tak błękitnym jak woda, która wypełnia dwa baseny i brodzik dla dzieci w Miejskiej Krytej Pływalni „Kapry” w Pruszkowie. Pod LO od strony wejścia głównego podjechały dwa auta i w otwartych drzwiach samochodów pokazali się nasi dwaj koledzy: Kuba i Piotr. Z bagażników zaczęliśmy wypakowywać ciężkie i mniej ciężkie plastikowe pudła z materiałami plastycznymi wśród których zawsze uśmiechnięta pani Ola znalazła kilka sztuk zdatnej jeszcze do lepienia gliny.

            W szkole mamy do dyspozycji dwa duże pomieszczenia klasowe. W jednym z nich z  połączenia kilku ławek powstał jeden duży stół ulokowany wzdłuż okna i zdolny pomieścić wszystkich uczestników zajęć. Przy nim, popijając gorącą herbatę, zjedliśmy nasze pierwsze wyciągnięte z plecaków śniadanie. Drugie pomieszczenie ze „stołem z piłkarzykami” zostało zaadoptowane do gier i zabaw - a wiadomo chłopaki młode, to bawić się chcą - ale również do odpoczynku, wyciszenia na materacu lub na dwóch sporych pufach wypełnionych ścinkami gąbki, którą Adrian uwielbiał wyciągać i rozrzucać na podłogę. Pufy są stylizowane i nawet dla niewprawnego oka wyglądają jak polska piłka nożna, której zabrakło podczas trwania Mistrzostw Świata w Brazylii. Na takiej piłce można się  nieźle „wyłożyć”.

            Po śniadaniu, w samym środku  klasy ustawiliśmy krzesełka na planie koła i usiedliśmy na nich. Nastąpiło nerwowe oczekiwanie,  kto pierwszy przedstawi się i opowie parę słów o sobie. Ktoś w końcu zaczął. Niektóre słowa łączyły się ze sobą w kilka słów, te kilka słów w długie opowiadania, a Paweł zgodnie z ruchem wskazówek zegara podchodził od jednego mówiącego do drugiego i przyklejał do koszulek karteczki z imionami, które przygotowała pani Ola. Ponieważ my z autyzmem nie wszyscy porozumiewamy się za pomocą słów, terapeuci przedstawiali nas z jak najlepszej strony, nie zapominając o ukrytych talentach. Z tym przedstawianiem się zeszło długo, a to z tego powodu, że znalazła się wśród nas nowa osoba, pani Ania – wolontariuszka. Dowiedzieliśmy się, że pani Ania jest wegetarianką, to  znaczy nie jada mięsa, a jej wybiórczość pokarmowa to świadoma decyzja woli i w takim razie  nie jest spowodowana nadwrażliwością podniebienia miękkiego, zmysłu węchu czy smaku na pewne produkty spożywcze, tak jak często bywa w naszym przypadku, osób z autyzmem. Już w pierwszy dniu pani Ania dała się poznać jako osoba zwracająca się i widząca w nas osoby, które nie zawsze i nie w każdym przypadku potrzebują współczucia, wyręczania i pomocy, ale bardziej zrozumienia i współpracy.

            Zdecydowaliśmy, a właściwie pan Artur zdecydował, że na obiad pójdziemy na własnych nogach. Stołujemy się w „Kociołku”, a ponieważ „Kociołek” znajduje się w Pruszkowie, więc z Piastowa na piechotę do Pruszkowa i ...warto było, bo smakowało jak w tamtym roku, o tej samej porze, w tym samym miejscu.

            W drodze powrotnej złapała nas ulewa, którą przeczekaliśmy na przystanku autobusowym. Pani Kasia zapewniała, że lada moment przestanie padać, ale nie przestawało i pewnie z tego powodu Adrian zaczął zanosić się śmiechem, jakby oglądał „Pół żartem, pół serio” na dużym ekranie. Dobrze...że siedział na ławce.

 

02.07.2014

            Środa zapowiada się świetnie. Wybieramy się do „Hulakula”, żeby pograć  w kręgle. „Hulakula” mieści się pod biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego. Tak więc po śniadaniu, które trwało tyle ile trwa zjedzenie dwóch kanapek i wypicie herbaty wyszliśmy z budynku szkoły. 

             To jest nasze pierwsze poważne wyjście w tym roku. Będziemy poruszać się środkami komunikacji miejskiej, wejdziemy w gwar wielkiego miasta, aż chciałoby się dodać – europejskiego, spotkamy się z niezliczoną liczbą zaskakujących sytuacji i bez wątpienia nie da się ich przewidzieć i kontrolować. Jedyna pomoc, na którą możemy liczyć to terapeuci.

            Jest przedpołudnie a już słońce jakby zakłada na nasze głowy polarowe czapki wyprodukowane w Chinach z plastikowych butelek coca coli, która najlepiej smakuje dobrze schłodzona i z kostkami lodu. W cieniu jest dobrze. Chłodny wietrzyk pojawia się nie wiadomo skąd, ponieważ tuż obok, poza krawędzią cienia  nie ma go. Schładza i orzeźwia a płuca podnoszą się i chwytają powietrze jak po wynurzeniu z wody.

            Wreszcie jesteśmy na miejscu. Zjeżdżamy ruchomymi schodami w dół, aby w chwilę później znaleźć się w wielkiej przyciemnionej hali z dużą ilością automatów do gier. Mamy do dyspozycji dwa tory i po zmianie obuwia zajmujemy miejsca na wygodnych kanapach. Dzielimy się na grupy a pan Maciej wpisuje za pomocą klawiatury nasze imiona na ekran. Zasada gry wydaje się być prosta jak drewniany lśniący tor przed nami. Trzeba po prostu  rzucić bilę tak, aby przeturlała się po płaskiej powierzchni i trafiła w kręgle, a im więcej strąconych kręgli, tym więcej punktów.

            W pierwszej grupie wygrał Błażej z panią Kasią, a w drugiej pomimo kilku porażek objął prowadzenie Jacek.

            Obiad zjedliśmy na miejscu, a potem niezły maraton. Dobiegliśmy do SKM – ki dopiero na dworcu zachodnim.  

 

03.07.2014          

            Siedzieliśmy wygodnie na drugim piętrze pływalni „Kapry” w Pruszkowie. Zajęliśmy dwa stoliki przy oszklonej ścianie, aby mieć widok na wodę, do której zaraz wejdzie gromadka dzieci z opiekunami. Poza tym wygodne kanapy zrobione z desek i pomalowane na biało z miękkim oparciem i siedziskiem dają wrażenie komfortu, który możemy sobie zapewnić po ponad godzinie przebywania w wodzie. A woda potrafi wyciągnąć z człowieka ostatnie siły.

            Kontakt z wodą z punktu widzenia terapii jest bezcenny. Woda łączy w sobie większość stymulacji sensorycznych, normalizuje przetwarzanie bodźców układu przedsionkowego, wymaga pracy nad stabilizacją centralną, reakcjami posturalnymi. Do Ośrodkowego Układu Nerwowego trafia wiele informacji. Nasz układ nerwowy próbuje poradzić sobie z dziwnym zachowaniem ciała w wodzie, które jest lekkie i porusza się w środowisku bez  ziemskiej grawitacji równej 9, 81 m/s² i aby pokonać opór wody, lęk przed utratą równowagi nasz organizm tworzy reakcje samoregulujące i adaptacyjne do nowych warunków „życia”.

            Czekamy na herbatę. Pan Maciej stoi nieruchomo jak zahipnotyzowany przed sporej wielkości akwarium, takim wykrojonym fragmentem rafy koralowej, tej rafy... filmowanej jeszcze przez Jacques’a  Cousteau, no tak, ale...kto o nim pamięta? W każdym razie my zdążyliśmy już wyciągnąć kanapki z papierowych i foliowych torebek, a gorąca owocowa herbata została już podana.

 

            Zbliżamy się do parku w Pruszkowie. Jest słoneczny dzień. Zatrzymujemy się przy ujęciu wody oligoceńskiej, aby schłodzić usta i uzupełnić płyny w organizmie. Obok na trawie i rozstawionych ławkach wzdłuż ścieżki opalają się ludzie. My jednak wolimy cień dużych rozłożystych drzew. Przechodząc przez mostek natrafiamy na podpływającą do nas rodzinę łabędzią. „Brzydkie kaczątka” pływają  trochę śmiesznie, bo z podniesioną nóżką ponad taflę wody, nóżka spoczywa na skrzydle. Gdy karmiliśmy „małe” resztami śniadania, rodzice pływali obok, ale nie podpływali, żeby „dzieci” spokojnie mogły najeść się do syta. Miła scenka.

           

 

04.07.2014

 

            Pani Bożena udostępniła nam urządzenie do wypieku „ciastkowych lizaków” i mikser. Mama Kuby przyniosła lukier w zakręcanych słoiczkach, kilka barwników spożywczych, drewniane patyczki i „słodkie trociny” do ozdabianie wypieków. Po śniadaniu wybieramy się do „Tesco” po zakupy, których lista już wcześniej była uzgodniona. Znów zapowiada się upalny dzień, a droga do sklepu prowadzi wzdłuż nagrzanej asfaltowej ulicy.

            Naszą uwagę zwraca osiedle domków, które wyglądają jak poukładane z klocków „lego”, a tak naprawdę zbudowane są z czerwonej cegły. Każda cześć układanki ma swoje wyodrębnione fugami miejsce i każdą można policzyć. I gdyby zabrakło choć jednej cegiełki w tak doskonale wykończonej budowli... układ nerwowy mógłby tego nie wytrzymać. 

            W „Tesco” działa klimatyzacja jak w wagonie SKM-ki. Poruszamy się między wysokimi sklepowymi półkami w przyjemnym dla ciała chłodzie i z każdym krokiem nabieramy sił, wraca pogoda ducha i chęć na pieczone ciasteczka. Terapeuci pomagają nam wybrać spośród wielu produktów spożywczych: mleko, jaja, masło, mąkę, proszek do pieczenia, olej. Po powrocie w pomieszczeniu, w którym jemy śniadania ustawiliśmy wokół stolika krąg krzeseł.

            Siedzimy tak mając przed sobą wszystkie kupione przez nas produkty. Terapeuci uczą nas, że pojedyncze produkty w zasadzie nie są smaczne i dopiero gdy połączymy, wymieszamy je razem podczas pracy za pomocą urządzeń i w odpowiedni sposób powstanie ciasteczko po którym „palce lizać”... Ale to jest wydarzenie, które wymaga współpracy, zachowania ciągu różnych czynności następujących w odpowiedniej kolejności i czasie i nie od razu.

            W międzyczasie przyjechała do nas pani kynoterapeutka z dwoma psami rasy „golden”. Podzieliliśmy się na dwie grupy: grupę chłopców z autyzmem i grupę chłopców z zespołem Aspergera. Pomimo pewnych różnic między nami, nasze gałęzie wyrastają z tego samego pnia.

            Na świeżym powietrzu za szkołą w cieniu rosnących drzew rozkładamy koce i chusty. Uczymy się psów, a one uczą się nas.

 

07.07.2014

            Pan Artur wraz z chłopcami z zespołem Aspergera i Konradem, który ma autyzm jadą do muzeum kolejnictwa. Muzeum mieści się na terenie dawnego Dworca Głównego Warszawy na Ochocie. Chłopaki poradzą sobie, ale siódmy dzień należy do najbardziej upalnych dni lipca. Nasi terapeuci decydują, że tego dnia nie wychodzimy poza teren szkoły, z wyjątkiem wyjścia na obiad. Spędzamy czas z tyłu budynku szkoły, gdzie teren w dużej mierze porośnięty jest nieskoszoną trawą i drzewami i wygląda to, jak mały park.

            Dwie grupy spotkały się w „Kociołku” pod parasolami. W asyście błyskawic, grzmotów i deszczu jedliśmy pyszny obiad i słuchaliśmy opowieści o małych kolejkach, lokomotywach, które stały na torach za szklanymi szybami, o modelach parowozów i eksponatach związanych z historią kolejnictwa i kolejkach elektrycznych, które jeśli wrzuci się dwa złote, przemierzają góry, doliny, osiedla małych domków, tunele i mosty. Na koniec chłopcy wpisali się do Księgi Pamiątkowej.

 

08.07.2014

            Na terenie Ursusa Niedźwiadka, do którego z Piastowa niedaleko, znajduje się Park Linowy. Tak wiec po śniadaniu pakujemy butelki wody, zabieramy legitymacje szkolne i jedziemy. Właściciel parku zwracał się do nas po imieniu i kierował jasne proste komunikaty, bez zbędnych formalności. Po wstępnej lekcji i zapoznaniu się z możliwościami sprzętu w jaki zostaliśmy wyposażeni, niektórzy z nas zostali zakwalifikowani na trudną trasę, a niektórzy na łatwą. I zaczęła się przygoda! Przygoda polegała na tym, aby iść do przodu, nie patrzeć w dół, nie oglądać się za siebie i za wszelką cenę utrzymać równowagę.

              Grube liny oplatały pętlami wysokie drzewa, a my stąpaliśmy po kładkach, zawieszeniach, ruchomych belkach, linach, mostkach ważąc każdy krok jak słowa wystukane palcem na tablicy ułatwionej komunikacji. Szczególnie jeden moment jest trudny dla wszystkich, bo stojąc na platformie położonej na dużej wysokości należało przyczepić się do liny specjalnym karabińczykiem z metalowymi kółkami przystosowanym do zjazdu i pomimo lęku polecieć przed siebie. Naturalnym odruchem jest w takiej sytuacji złapać się liny, a... to niedobry pomysł. Udało się. Zadowoleni z siebie z poczuciem każdego ścięgna i mięśni ruszyliśmy w stronę, byle bliżej do Pruszkowa i na obiad.

 

 

09.07.2014, 10.07.2014, 11.07.2014

            Tym dniom nie przyświecała żadna idea, którą można streścić w odpowiedzi na pytanie: „jak przeżyć tanim kosztem?”, a raczej pomysł na rozpieszczanie podniebienia. Terapeuci zaproponowali nam odrobinę szaleństwa, na które stać każdego, kto ma odrobinę pieniędzy w kieszeni.

Fondue (z fran. fondre – roztapiać się) to tradycyjna potrawa, której historia wcale nie rozpoczęła się we Francji, a w Szwajcarii i jest ona tradycyjną potrawą tego kraju. Przygotowana na bazie żółtego sera i białego wina od początku ma charakter wspólnotowy i polega na dzieleniu się jedzeniem.

Pani Bożena przyniosła nam cały sprzęt do przygotowania tej potrawy: porcelanową miskę, stojaczek ze świeczką do roztapiania i podgrzewania i drewniane patyczki.

Odrobina szaleństwa polega na tym, że dziś spróbujemy zrobić jedną z kilku odmian la fondue, mianowicie fondue czekoladowe. W roztopionej czekoladzie będziemy zanurzać kawałki owoców natknięte na drewniane patyczki, a wszystko tak jak... za ojców naszych z jednej michy.

Kupiliśmy w „Tesco”: opakowania malin i jeżyny, banany, winogrona, jabłka, czekoladę, mleko i śmietanę. Samo przygotowanie „la fondue” ma również charakter wspólnotowy. Każdy miał coś do zrobienia. Kroiliśmy owoce na małe plasterki lub pokrzywione prostopadłościany, roztapialiśmy czekoladę w podgrzewanej miseczce.

Smakowało wszystkim.

 

Te dni były podobne do siebie, no może z wyjątkiem środy, kiedy to Piotr, Jacek, Szymon wybrali się z terapeutą do Kinoteki na wybrany w drodze głosowania film pt.:”Czarownica”. Oj...nie dla młodszych widzów. A w czwartek był jeszcze basen.

 

14.07.2014

 

            ...później okaże się, że był on jednym z najbardziej kojących, orzeźwiających dni, jak w obrazie pędzla współczesnego amerykańskiego malarza Daniela Gerhartza – „uśmiechnięta terapeutka z oszronioną szklanką miętowej lemoniady, jakby wychodziła z płótna, po zielonym dywanie oblanej słońcem trawy”. Gerhartz jest przedstawicielem nurtu realistycznego w malarstwie i jak piszą: „zachwyca swym artyzmem i miłością do otaczającego świata”, no cóż...ale obraz o jakim wyżej mowa dopiero powstanie.

           

            Stacja Malichy 14.07.2014 godzina 7. 30.

            W naszym kierunku z plecakiem przerzuconym przez ramię zbliża się Piotr, ma założone przyciemniane okulary i czapkę z daszkiem. Przechodzi przez torowisko pewnym, sprężystym krokiem, krokiem ludzi, którzy znają odpowiedzi na większość pytań. W miarę zbliżania się do stojącej grupy w miejscu widocznego napięcia na jego twarzy, pojawia się uśmiech.

            Piotr jest jedyną osobą, która zna odpowiedzi na większość pytań. Piotr zna również drogę do pewnego miejsca w Zalesiu, oderwanego od cywilizacji, jaka jest codziennością wczesnych godzin „rannych” odłamkami zgiełku, wielkich miast.

            Podobno jest w tym miejscu drewniany domek z werandą i dużym stołem, obok którego rozciąga się cisza i spokój zatrzymana w naturze jak w kadrze – na wyciągniecie ręki. Podobno jest hamak od drzewa do drzewa, duży wypełniony wodą basen na świeżym powietrzu i miejsce wykopane w ziemi, do którego schodzi się po schodach po to, aby poczuć zimno, oraz kawałki drewna ułożone pod ognisko, otoczone małymi pniaczkami, żeby można było usiąść i upiec kiełbaski.

           

W Grodzisku Mazowieckim Radońska nasze drogi się rozchodzą. Dzielimy się na dwie grupy. Jacek spóźnił się na kolejkę WKD i pan Artur zostaje. Docierają do nas później.

 

            Metalowa brama, a za metalową bramą, tą bramą, która stawia granicę między dwoma światami widzimy miejsce z opowiadań, ale nie tych opowiadań, które można włożyć między bajki. Idziemy w stronę drewnianego domku po trawie i tam na werandzie przy drewnianym stole zjadamy śniadanie, pijemy zaparzoną przez panią Bożenę herbatę, terapeuci raczą się przedpołudniową kawą

            i...czujemy się, „ jak w obrazie pędzla współczesnego amerykańskiego malarza, który zachwyca swym artyzmem i miłością do otaczającego świata”.

 

            Była długa przechadzka po tutejszych lasach i okolicy, kąpiel w basenie dla odważnych i ognisko z pieczonymi kiełbaskami. Poruszaliśmy się w niczym nie zmąconej zwyczajności, bez zmagań z samym sobą, podążania ku czemuś, wsiadania i wysiadania z autobusów, pośpiechu, świateł na skrzyżowaniach.

            Takie obrazy warto kupować, gromadzić, licytować się o każdą cenę, tak długo i wytrwale, aż....młotek uderzy w drewienko trzy razy. 

 

 

15.07.2014

            Dzień powrotu do cywilizacji, ale tej przyjemnej. Śniadanie spożywamy w Malichach na terenie domu pani Bożeny. Stamtąd wyruszamy po raz drugi do „Hulakula” na kręgle. Uczymy się czym jest współzawodnictwo, jakie więzi tworzą grupę, przeżywamy radość zwycięstwa, a porażkę zapamiętamy jako poklepywanie po plecach i uściski ręki.

            Jemy obiad na II piętrze budynku BUW-u. Pan Artur z powodu bólu zęba opuszcza naszą grupę. Na drugi dzień pojawi się w Piastowie bez górnej prawej ósemki – boli i będzie bolało długo....................................................................................................................długo.

 

16 i 17.07.2014

 

            Spacery po Otrębusach i wspomnienia naszych pierwszych wakacji z Fundacją Toto Animo wyrastały z każdego miejsca jak grzyby po deszczu ze ściółki leśnej, również w Muzeum Motoryzacji.

 

            Adi przełamał się, wszedł do wody na basenie i nie spieszyło mu się z wyjściem. Spacerował z terapeutą do przodu, do tyłu i zanurzał się po szyję.

 

18.07.2014

            Chłopcy z zespołem Aspergera są w korzystniejszej sytuacji . My zostajemy, aby posprzątać dwie klasy, posegregować sprzęt i wybrać ten, który pojedzie z nami do Murzasichle, a oni idą do Multikina na film, który w tytule ma ”...coś z małpami”. Poza tym nie jest tak źle. Jeszcze przed południem kupujemy w sklepie owoce najróżniejsze, z których wspólnymi siłami przygotowujemy owocową sałatkę, potem znów sprzątanie.

            Czy myśmy to nazywali „treningiem umiejętności społecznych?” Trochę to śmiesznie nazywać sprawy i rzeczy zwyczajne, codzienne tak specjalistycznym językiem. Cokolwiek to było zaczynało się o godzinie 7.30, a kończyło o 15.30 i wiązało się z przygodą, humorem i przebywaniem razem. Nam było dobrze. Doświadczaliśmy życia w ogóle i w szczegółach, może inaczej od osób bez autyzmu. Często zwracaliśmy uwagę swoim zachowaniem, ale jest to nasze życie i cieszymy się nim w sposób spontaniczny, naturalny jak dzieci. Tak samo przeżywamy lęk i radość, frustracje. Jesteśmy czującą częścią wszechświata, jesteśmy życiem, które ma imię, mamę, tatę i przyjaciół.

Pracować z nami mogą ludzie wymagający, o cierpliwości aniołów w niebie, aniołów które potrafią czytać między wierszami, potrafią z uśmiechem spełniać dobre uczynki nawet pomimo zmęczenia i z zaciśniętymi zębami, zawsze tak samo, z mądrością przeczytanych książek i zdobytych doświadczeń.

To ostatni dzień naszych stacjonarnych wakacji z Fundacją Toto Animo w Piastowie. 

Dziękujemy za pomoc w przeżywaniu życia wszystkim ofiarodawcom, grantodawcom i wszystkim innym osobom, które przyczyniły się do tego, że te trzy tygodnie mogliśmy spędzić w taki sposób.

 

Autor: Artur Sikorski - terapeuta

Partnerzy / sponsorzy

gmina Grodzisk Mazowiecki

gmina Milanówek,

gmina Brwinów

miasto Pruszków