Wspomnienia z wakacji

Miejsce

Pruszków

Termin

1-5 lipca 2013

Organizator

Kontakt

fundacja@totoanimo.org

Poniedziałek 01.07.13
 
Ranek był słoneczny i zapowiadał się upalny dzień gdy Paweł, Pan Artur i pani Kasia dotarli na teren obiektu sportowego „Znicz”, gdzie miały rozpocząć się nasze wakacje z „Toto Animo”. Tym razem na sportowo.
 
Szliśmy powoli racząc się  nieco chłodnym wietrzykiem i spacerem samym w sobie. W kierunku placu otaczającego obiekt nadjechały dwa lub trzy samochody kierując się w stronę wejścia głównego, przy którym stała znana z poprzednich wakacji pani Basia. 
Z czarnymi włosami jeszcze przed fryzjerem i ubrana w markowe jeansy, wyglądała jak  buteleczka coca-coli, której oczywiście nam nie wolno pić, ze względu na dużą zawartość cukru. Natomiast według pana Artura, stojąca tam osoba, wcale nie przypominała  buteleczki coca-coli,  przypominała raczej wyglądem  małą filiżankę expresso podaną na tacy, a my przechodzimy tylko przez zalany słońcem Plac Świętego Marka.
 
Bus podjechał pod „Znicz” niepunktualnie, z różnych przyczyn, o których nie będziemy tu wspominać. Pan kierowca wysiadł, wtedy usłyszeliśmy dźwięk rozsuwanych bocznych drzwi auta. Sądząc po zaskoczeniu jakie malowało się na twarzach siedzących w fotelach chłopaków można by pomyśleć, że znaleźli się nagle na zupełnie obcej planecie wśród istot podobnych do nich. Problemów więc z przywitaniem nie było. 
Houston może spać spokojnie.
 
Sala numer 26, do której dostaliśmy klucze w pełni zaspokajała nasze potrzeby. Było to pomieszczenie z osobną ubikacją, kilkoma ławkami, wieszakami i zlewami wmontowanymi szeregowo w ścianę.
Chłopcy pomogli przenieść z korytarza dwa stoły przy których w nieco spartańskich warunkach zjedliśmy nasz pierwszy posiłek tego dnia.
 
Duża przestrzeń! Przestrzeń hali sportowej to nie plac zabaw czy sala gimnastyczna w szkole. To miejsce bez blisko położonych punktów odniesienia, oparcia. Można na takiej hali stracić poczucie końca czegokolwiek i biec w różnych kierunkach, a nawet dookoła  jakbyś siedział na krzesełku wymyślonej przez siebie karuzeli łańcuchowej... I niektórzy biegali. 
Można też stać nieruchomo lub poruszać się niepewnie, ponieważ w takiej przestrzeni po prostu nie ma dokąd pójść... I niektórzy stali w miejscu lub poruszali się niepewnie jak saper z  wykrywaczem bomb i słuchawkami na uszach wpatrzony świdrującym wzrokiem w miejsce pod nogami, które może eksplodować.
 
Pani Ola przyjechała na rowerze, którym od razu zainteresował się Paweł. Przywitała każdego z nas, rozdała po kilka serdecznych uśmiechów, po czym wyciągnęła z worka chustę animacyjną i rozpostarła ją przed nami jak wielką czaszę kolorowego spadochronu.
 
Trzymaliśmy chustę ze wszystkich stron i podrzucaliśmy na niej piłkę, tak sprytnie, aby utrzymać podskakujący przedmiot najdłużej jak się da. I trzeba przyznać, że z małymi kłopotami dało się, a zabawy przy tym było co niemiara. 
 
Niestety... niektórzy jednak zadawali sobie pytanie dotyczące sensu podrzucania piłki na płachcie  materiału. W konsekwencji wypuszczali chustę z rąk, odwracali się i odchodzili w obranym sobie kierunku. Wtedy naturalnie zgodnie z prawami fizyki, piłka spadała na drewniane deski sportowej hali. Ale,ale... Tak być nie może! Każdy z nas nie jest samotną kulą bilardową. Jest częścią grupy i jeżeli jakieś ogniwo pęka, wszyscy na tym tracimy. Tego przekonania, że od nas, jako pojedynczych osób, które wchodzą w skład zespołu  wiele zależy, musimy się nauczyć tu na zajęciach, na hali  sportowej „Znicz”.
 
Nie każdy również chciał być zawinięty w mumię. Adrian dajmy na to,  pokonywał  wielokrotnie lęk przed wodą na basenie, tu ledwo usiadł natychmiast wstawał...może, jeszcze nie czas na niego....
 
Park w Pruszkowie przez który przechodzimy w drodze na plac zabaw jest uroczym miejscem pełnym różnorodnych drzew, krzewów i traw. Ścieżki parku przy których rosną wierzby płaczące, otaczają małe stawy i oczka, gdzie unoszą się szerokie liście grążela żółtego. Przypomina to pozszywany z licznych kawałków dywan, rozwinięty akurat tam, gdzie powinien być. Kwiaty grążela żółtego są niewielkie, mają żółty kolor i umieszczone na wąskich szyjkach górują nieznacznie nad wodą.
 
Mijamy ludzi siedzących na ławkach. Mamy ochotę usiąść i zostać tak przez pewien czas, byle nie w cieniu, bo komary wypiją z nas ostatnią kroplę krwi.
 
 
Przez park przechodzimy codziennie w drodze do „Kociołka”, gdzie czujemy się jak zaproszeni goście na obiad. Na miejscu czekają na nas zarezerwowane trzy stoły. Znajdują się przy ścianie z tapetą imitującą czerwoną cegłę. Małe lampiony, które schodzą lekko w dół nad naszymi głowami są zawsze zapalone i do złudzenia przypominają latarnie dorożki znikającej gdzieś we mgle wąskiej uliczki Starego Miasta. Pani podaje nam z uśmiechem kompot i talerz pełen polskiej kuchni. Stąd głodny nikt nie wychodzi, no... chyba, że wraca. Dziś na obiad schabowy, młode ziemniaczki z koperkiem i mizeria ze świeżutkich ogórków. Palce lizać i rączki pani gospodyni całować.
 
Wtorek 02. 07. 13
 
Wtorek, to dzień rozpoczynający się od kilku znaków zapytania. BGŻ Arena ma problemy z udostępnieniem sali, a to z powodu zawodów jakie odbyły się na terenie obiektu. Śniadanie więc spożywamy w najlepszej restauracji na świecie, pod gołym niebem w „okolicznościach pięknej przyrody i niepowtarzalnej...” Jest gorąco. Ulokowaliśmy się w pobliżu basenu. Czujemy zapach wody z chlorem wydobywający się z kratek przeznaczonych pewnie do wentylacji i jedna myśl tylko...żeby zanurzyć się w tej wodzie.
 
Dostaliśmy w końcu odpowiednią do naszych potrzeb salę. Tego dnia rodzice nam bardzo pomogli. Nawet Paweł przyjechał z tatą na rowerze. Przed obiadem rozlokowaliśmy w pomieszczeniu kilka plastikowych pudeł z materiałami plastycznymi, dwa stoły i stół gospodarczy, na którym suszą się talerze, kubki. Z brzegu stoją herbaty owocowe i ręczniki papierowe, które zawsze się przydają i im więcej ich tym lepiej oraz gąbki i płyn do mycia naczyń. W sali znajduje się również materac i dwie duże pufy, gdyby któryś z nas chciał zejść do parteru, tzn. położyć się , odpocząć.
 
Pani Ola wycięła z papieru małe prostokąty na których napisała imiona uczestników wakacji „Toto Animo”. Taśma klejąca i nożyczki znalazły się na dnie pojemnika miedzy mnóstwem niezatemperownych kredek w metalowych puszkach, a pudełkami z plasteliną. Każdy ma teraz swoje miejsce na wieszaku po to, aby nauczył się pilnować swoich rzeczy z którymi przyjeżdża na zajęcia.
 
Idziemy na obiad. Przechadzka to ważne wydarzenie naszych  wakacji w Pruszkowie, ponieważ w ciągu roku szkolnego na ogół nie spacerujemy, a raczej gonimy do szkoły. Potem z terapii na terapię i kto wie ile pamiętamy z różnych miejsc i z tego miasta ? Teraz uczymy się pamiętać i odpowiednio zachowywać się na przejściu dla pieszych. Zauważyliśmy, że Pruszków to nie Warszawa, ponieważ tu nie potrzeba świateł by kierowca zatrzymał się gdy podchodzimy do pasów na jezdni.  Kultura i uprzejmość, której można się uczyć.
Po powrocie zostało kilka minut do przyjazdu busa. Bus rozwiezie nas do domów. Rozkładamy gry zespołowe, puzzle, memo i czekamy.
 
Środa 03. 07. 13
 
Kiedy jeszcze przed śniadaniem usłyszeliśmy bulgotanie gotującej się wody w elektrycznym, dwulitrowym czajniku, a unosząca się  leniwie para zaczynała kreślić nad kubkami z kawą i herbatą senne kółka, wtedy Piotr włączył radio, które zawsze włącza, gdy przechodzi w pobliżu... i obudził nas.
Pewien gość głosem szczęśliwego studenta po zdanym egzaminie śpiewał o pewnej dziewczynie, która jest w pewnym miejscu i tańczy dla niego, o czym wspomina i cieszy się z tego powodu.  Ten gość, dla którego ona tańczy, bardzo ją kocha. 
Błażej siedział przy stole oparty na łokciach i patrzył przed siebie z miną na twarzy jakby chciał opowiedzieć o odległych miejscach i czasach, które tylko on widzi. W tym momencie pani Kasia, nasza terapeutka, pomyślała, że zatańczy z Błażejem. Jak pomyślała, tak zrobiła.  
 
Wszystkim udzielił się nastrój dobrze rozpoczętego dnia. Zaczęliśmy rozkładać talerze na stołach, przygotowywać miejsce do posiłku. 
 
To wszystko... te kanapki i to co znajduje się w plastikowych pojemnikach...to nasze mamy zrobiły, no bo... kto potrafi tak kochać od wczesnego rana?
 
Plakat „Wakacji Toto Animo na Sportowo” powstał przy zaangażowaniu całego zespołu. Przedstawia kolorową tęczę zrobioną z odbitych dłoni na dużej płachcie brystolu. Plakat wisi na ścianie obok innych prac plastycznych i kalendarza, na który nanosimy różne ważne wydarzenia jakie odbyły się lub odbędą. 
 
Ważnym wydarzeniem jest spacer, basen oraz wpisany w całokształt trening umiejętności społecznych. Trening jest zjawiskiem permanentnym i zaczyna się od momentu przekroczenia progu BGŻ Arena. Codziennie spotykamy się z ludźmi, uczymy się właściwych zachowań w restauracji, podczas zwiedzania obiektów i poruszania się w mniej lub bardziej zatłoczonych miejscach Pruszkowa. Po każdym posiłku zmywamy po sobie talerze. Konrad w tej pracy jest niezastąpiony. Piotr idealnie sprząta podłogę, a Błażej dokładnie ściera stół wilgotną szmatką. Nawet „mały” i „duży” Kuba uczą się odpowiedzialności za miejsce, w którym przebywamy, bo to w końcu nasza wizytówka.
 
 
 
Czwartek 04.07.13
 
 
Jest już po śniadaniu. Piotr szuka reklamówki z ręcznikiem, kąpielówkami i czepkiem. „Basenowe reklamówki” wiszą z drugiej strony wieszaka po prawej stronie drzwi, gdzie już powoli zbiera się niecierpliwy tłum. Wraz z terapeutami próbujemy rozpoznać, do kogo należą wiszące na haczykach ręczniki i kąpielówki, które suszyły się przez całą noc na rozkładanej suszarce. Wyschły do ostatniej mokrej nitki...całe szczęście. 
Do basenu mamy blisko, bardzo blisko. Tak blisko, że równie dobrze możemy w ogóle nie wychodzić z sali nr 032 aby znaleźć się w przebieralni.
 
Potrzebujemy jednak pomocy, przy wydawać by się mogło drobiazgach, czynnościach dnia codziennego jakie wykonują bez problemu nasi rówieśnicy, którzy nie mają autyzmu. 
Trudno nam odnaleźć się w różnych sytuacjach społecznych, które są naturalne wraz z całą paletą odpowiedzi dla towarzyszących nam terapeutów. Terapeuci podpowiadają nam jak się zachowywać, co i jak robić poprzez modelowanie naszych zachowań. Modelowanie naszych zachowań  polega na tym, że my z autyzmem uczymy się właściwego, zrozumiałego dla innych reagowania poprzez obserwowanie zachowań innych ludzi w danym miejscu, w tym przypadku terapeutów na basenie. Na basenie należy zmienić obuwie i włożyć je do wcześniej pobranych worków, oddać worki panu, który je powiesi na wieszaku i da nam numerek haczyka wybity na małym metalowym prostokącie. Nie można go potraktować jak niepotrzebny balast lub kolejną rzecz, która dostarczy bodźców sensorycznych. Zagubilibyśmy wtedy sens tego przedmiotu, czyli to do czego tak naprawdę służy,  to do czego jest nam potrzebny. 
 
Dopiero początek, a już tyle spraw na głowie...  
 
Idziemu na górę po schodach, gdzie przedstawiamy się jako grupa „Toto Animo”, a pani „za szybą” wręcza nam plastikowe paski z kluczykami, które  zakładamy na rękę jak zwyczajny zegarek. Są to klucze do szafek w męskiej przebieralni. Odnajdujemy męska przebieralnię, odnajdujemy spośród wielu szafek z trzycyfrowymi  numerkami nasze szafki i przebieramy się w strój kąpielowy. Potem tylko prysznic i do wody.
 
Terapeuci pomagają nam zatrzymać się, podpowiadają co należy najpierw zrobić, potem, następnie i na końcu.
 
Spójrzmy sobie w oczy i powiedzmy szczerze, że bez terapeutów w czwartek 04. 07. 2013 roku nie moglibyśmy skorzystać z przywileju czerpania radości z kąpieli na basenie, z tego przywileju jaki mają chłopcy, którzy kąpią się obok nas. Nie moglibyśmy skorzystać z terapii polisensorycznej, ruchowej i innych terapii o jakich piszą w książkach, a które daje pływanie, poruszanie się w wodzie.
Na basenie ze wszystkich stron dochodzą do nas bodźce sensoryczne, tak ważne dla poprawy naszego funkcjonowania. Są to doświadczenia zmysłowe w obrębie wzroku, słuchu, dotyku i te pochodzące z przedsionka oraz z wewnątrz ciała gdy się poruszamy. Ze wszystkim bodźcami dochodzącymi do naszego układu nerwowego poprzez zmysły, mózg musi sobie poradzić, jakoś umiejętnie poukładać, przetłumaczyć nam w znormalizowane wrażenia. Wtedy będziemy potrafili odbierać świat,  ruch, przestrzeń, rzeczy w przestrzeni i czasie, i ludzi takimi jakimi naprawdę są. W wielu przypadkach bez pomocy terapeutów nie podjęlibyśmy próby przekonania się o tym, że to jest takie proste i w zasięgu ręki. 
Kurczę.... a przecież, to tylko basen.
 
Błażej pływał z terapeutą podtrzymywany pod nogami i brzuchem. Zrobił tak 2-3 okrążenia w wodzie, którą poruszał sztucznie wytworzony przez wielkie podwodne dmuchawy nurt. Paweł natomiast mógłby konkurować ze stadem delfinów w nurkowaniu, obrotach, podskokach i akrobacjach podwodnych. Wszyscy chłopcy nie wychodzili z wody przez godzinę. 
 
Obiad po takim wysiłku zniknął z talerzy zanim się pojawił.
 
Po powrocie był czas na zwiedzanie obiektu BGŻ Arena. Trafiliśmy na trening kolarzy. Jeździli dookoła murawy, a od samego oglądania kręciło nam się w głowach. 
 
 
Piątek 05.07.13
 
Obraz żaglowca z młodymi rekrutami, którzy przechodzą trudny okres adaptacji do nowych warunków i od dwóch dni, zamiast szorować pokład i śpiewać szanty o przygodzie na morzach i oceanach leżą na nim jak śnięte ryby na deskach podrzędnego kutra rybackiego. Nawet gdyby przyszło im do głowy, z tego miejsca w którym leżą, przeczytać tytuł obrazu na którym są namalowani, to nie znajdą w sobie siły na wypowiedzenie choćby jednego słowa.
 
„Już nigdy nie wejdę na pokład”
 
Oczywiście obrazu tak zatytułowanego nikt nie namalował, ale przyglądając się kolegom, którzy wrócili... można namalować obraz o podobnie brzmiącym tytule: „ Ja już nie chcę na basen”.
Chłopcy padli... Paweł zasnął na krzesełku, Błażej jeszcze walczy, jeszcze oparty łokciami o stół, ale grawitacji nikt nie oszuka, powieki opadają na dół, to kwestia kilku minut. Pozostali leżą na materacu i pufach. Przemęczenie, przestymulowanie. Cóż...zdarza się. 
Piątek to dzień graniczny, dzień kryzysu, spadku notowań na giełdzie w Tokio, po którym może nastąpić tylko wzrost gospodarczy. 
 
Czekamy do poniedziałku jak sportowcy po nieudanych występach czekają na kolejny start w mistrzostwach. 
 
 
Autor: Artur Sikorski - terapeuta

Partnerzy / sponsorzy